Witaj Nowy Orleanie, żegnaj resztko normalności! Część 2
Lot z Glasgow do Nowego Orlanu w stanie Luizjana poszedł zaskakująco dobrze.
Jadąc taksówką z lotniska do jednej z posiadłości swojej rodziny, Mawgan miał wrażenie, że żołądek zaciska mu się w supeł. Z nerwów nie mógł się na niczym skupić.
"Spokojnie, przecież to tylko twoja rodzina", starał się uspokoić rozechwiane myśli, jednakże nie umiał okłamać samego siebie. Doskonale wiedział, iż jeden zły ruch i będzie po nim.
Dyskretnie wyciągnął piersiówkę z kieszeni swojej skórzanej kurtki i pociągnął długi, mocny łyk alkoholu. Czuł jak płyn przelatuje mu przez gardło, rozgrzewając go od środka.
Po chwili taksówka zatrzymała się przy podjeździe prowadzącym do ogromnego budynku z czerwonej cegły. Kierowca wysiadł z pojazdu i zaczął wyciągać walizki Mawgana z bagażnika. Mężczyzna odbierając swoje rzeczy, wręczył mu plik dolarów i z całym swym asortymentem skierował się do wielkich, białych drzwi. Przekraczając próg był bliski palpitacji serca. Od razu dopadła go służba.
- Paniczu...- powiedział siwy półkrwi wilkołak ubrany w smoking.- Zanieść, panicza walizki do jego pokoju?
- Uhumm...- odburknął.
Przez kilkanaście lat mieszkając z dala od rodziny, zdążył odzywczaić się od lokajów.
- Gdzie mój ojciec?- spytał jeszcze.
- W salonie Paniczu...- odpowiedział służący, kłaniając i oddalając się .
Nie chcąc stać jak kołek, skierował się w głąb budynku do bogato ozdobionego pomieszczenia.
Na obitych brązową boazerią ścianach wisiały drogie obrazy, a w kątach pokoju prezentowały się wielkie, marmurowe rzeźby.
Jednakże nie to przciągało uwagę. Na czarnej skórzanej kanapie umiejscowioenj naprzeciwko ogromnego, kamiennego kominka, siedział mężczyzna pokaźnych rozmiarów. Biła od niego groźna aura męskiej dominacji i testosteronu. Na dłoni, w któtrej trzymał cygaro, dało się dostrzec błysk złotego sygnetu. Przysługiwał on aktualnej głowie rodu Oidhche'ów. Niedługo miał on zostać przekazany Mawganowi... Na myśl o tym, młody mężczyna przęłknął głośno ślinę.
Jakby wyczuwając na sobie wzrok jego różnokolorowych oczu, jego ojciec wstał i uśmiechął się do niego drapieżnie.
- Synu!- krzyknął, podchodząc do niego i biorąc go w swoje szerokie ramiona. Maw odwzajemnił uścisk. Nieważne, jak bradzo nienawidził swojego dziedzictwa, ojciec to ojciec...
- Ojcze - powiedział.- Gdzie matka?
- Wyszła do miasta. Wiesz jak to kobiety- odparł kręcać głową gęsto porośniętą rudymi, naznaczonymi wiekiem włosami. Liczył już sobie niecałe osiemset lat, a mimo to utrzymywał niesamowitą formę.
Wikołaki mogły przeżyc prawie dwa tysiąclecia, w zależności od tego czy były czystokrwiste i jak często się przemieniały.
Oczywiście w jego rodzie nie było nawet najmniejszej domieszki ludzkiej krwi. Dlatego to cieszyli się takim szacunkiem pośród nadnaturalnej społeczności i stanowili coś w rodzaju elity.
- Napijesz się whisky?- nie czekając na odpowiedź wyciągnął z barku dwie przezroczyste szklaneczki i nalał do nich Jacka Danielsa. Wręczył synowi jedną z nich i pokierował się w stronę kanapy. Młodszy ruszył zaraz za nich i przcupnął na oparciu.
- Masz jakieś plany na dzisiaj?
- No cóż...Pomyślałem, że może wybiorę się wiezorem na miasto, wypić parę drinków i powspominać...
- Hm...- pokiwał jego ojciec głową w zastanowieniu.- Dobry pomysł, ale pamiętaj, żeby wrócić do domu przed północą. Mamy dla ciebie niespodziankę.
Mawgan świdrował ojca wzrokiem, już znał te jego niespodzianki. Pewnie porwie jakąś młodą dziewczynę i będzie mu kazał rozedrzeć ją na strzępy na oczach wszystkich jego braci i kuzynów. Przeszły go ciarki na samą myśl.
-...wybierzemy się za miasto na małe polownie! Znalazłem wspaniałe miejsce, mnóstwo soczystej zwierzyny- opowiadał jego ojciec.
Mawgan odetchnął z ulgą. Przynajmniej obejdzie się bez ludzkich ofiar.
- Co o tym sądzisz? Juz tak dawno nie polowałeś z rodziną- kontynuował z błyskiem w oku.
- Tak, świetnie- starał się udać podniecenie pomysłem.- Ale chyba już się położę, jestem zmęczony podróżą- próbował unikąć tematu.
- Oczywiście, rozumiem- odparł z lekkim rozczarowaniem. Spodziewał się więcej ekscytacji po najstarszym synu, który w krótce miał zająć jego miejsce, jako przywódca rodu.
Mężczyna odłożył szklaneczkę na szklaną ławę i skierował się w stronę schodów prowadzących do sypialni.
Leżąc w swoim dawnym łózku, zastanawiał się jak wybrnąć z tej sytuacji, żeby się nie ośmieszyć. Był do dupy w polowaniu i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Prędzej to jakieś zwierzę upoluje jego, niż on je, stwierdził z goryczą.
Wpatrując się w cienką wiązkę księżycowego światła, starał się usnąć na godzinkę czy dwie, ale był zbyt pochłonięty rozmyślaniem o dzisiejszych łowach, więc zdecydował się odświeżyć i ruszyć na miasto.