poniedziałek, 7 grudnia 2015

Rozdział 1

Witaj Nowy Orleanie,  żegnaj resztko normalności! Część 2

Lot z Glasgow do Nowego Orlanu w stanie Luizjana poszedł zaskakująco dobrze.
Jadąc taksówką z lotniska do jednej z posiadłości swojej rodziny, Mawgan miał wrażenie, że żołądek zaciska mu się w supeł. Z nerwów nie mógł się na niczym skupić.
"Spokojnie, przecież to tylko twoja rodzina", starał się uspokoić rozechwiane myśli, jednakże nie umiał okłamać samego siebie. Doskonale wiedział, iż jeden zły ruch i będzie po nim.
Dyskretnie wyciągnął piersiówkę z kieszeni swojej skórzanej kurtki i pociągnął długi, mocny łyk alkoholu. Czuł jak płyn przelatuje mu przez gardło, rozgrzewając go od środka.
Po chwili taksówka zatrzymała się przy podjeździe prowadzącym do ogromnego budynku z czerwonej cegły. Kierowca wysiadł z pojazdu i zaczął wyciągać walizki Mawgana z bagażnika. Mężczyzna odbierając swoje rzeczy, wręczył mu plik dolarów i z całym swym asortymentem skierował się do wielkich, białych drzwi. Przekraczając próg był bliski palpitacji serca. Od razu dopadła go służba.
- Paniczu...- powiedział siwy półkrwi wilkołak ubrany w smoking.- Zanieść, panicza walizki do jego pokoju?
- Uhumm...- odburknął.
Przez kilkanaście lat mieszkając z dala od rodziny, zdążył odzywczaić się od lokajów.
- Gdzie mój ojciec?- spytał jeszcze.
- W salonie Paniczu...- odpowiedział służący, kłaniając i oddalając się .
Nie chcąc stać jak kołek, skierował się w głąb budynku do bogato ozdobionego pomieszczenia.
Na obitych brązową boazerią ścianach wisiały drogie obrazy, a w kątach pokoju prezentowały się wielkie, marmurowe rzeźby.
Jednakże nie to przciągało uwagę. Na czarnej skórzanej kanapie umiejscowioenj naprzeciwko ogromnego, kamiennego kominka, siedział mężczyzna pokaźnych rozmiarów. Biła od niego groźna aura męskiej dominacji i testosteronu. Na dłoni, w któtrej trzymał cygaro, dało się dostrzec błysk złotego sygnetu. Przysługiwał on aktualnej głowie rodu Oidhche'ów. Niedługo miał on zostać przekazany Mawganowi... Na myśl o tym, młody mężczyna przęłknął głośno ślinę.
Jakby wyczuwając na sobie wzrok jego różnokolorowych oczu, jego ojciec wstał i uśmiechął się do niego drapieżnie.
- Synu!- krzyknął, podchodząc do niego i biorąc go w swoje szerokie ramiona. Maw odwzajemnił uścisk. Nieważne, jak bradzo nienawidził swojego dziedzictwa, ojciec to ojciec...
- Ojcze - powiedział.- Gdzie matka?
- Wyszła do miasta. Wiesz jak to kobiety- odparł kręcać głową gęsto porośniętą rudymi, naznaczonymi wiekiem włosami. Liczył już sobie niecałe osiemset lat, a mimo to utrzymywał niesamowitą formę.
Wikołaki mogły przeżyc prawie dwa tysiąclecia, w zależności od tego czy były czystokrwiste i jak często się przemieniały.
Oczywiście w jego rodzie nie było nawet najmniejszej domieszki ludzkiej krwi. Dlatego to cieszyli się takim szacunkiem pośród nadnaturalnej społeczności i stanowili coś w rodzaju elity.
- Napijesz się whisky?- nie czekając na odpowiedź wyciągnął z barku dwie przezroczyste szklaneczki i nalał do nich Jacka Danielsa. Wręczył synowi jedną z nich i pokierował się w stronę kanapy. Młodszy ruszył zaraz za nich i przcupnął na oparciu.
- Masz jakieś plany na dzisiaj?
- No cóż...Pomyślałem, że może wybiorę się wiezorem na miasto, wypić parę drinków i powspominać...
- Hm...- pokiwał jego ojciec głową w zastanowieniu.- Dobry pomysł, ale pamiętaj, żeby wrócić do domu przed północą. Mamy dla ciebie niespodziankę.
Mawgan świdrował ojca wzrokiem, już znał te jego niespodzianki. Pewnie porwie jakąś młodą dziewczynę i będzie mu kazał rozedrzeć ją na strzępy na oczach wszystkich jego braci i kuzynów. Przeszły go ciarki na samą myśl.
-...wybierzemy się za miasto na małe polownie! Znalazłem wspaniałe miejsce, mnóstwo soczystej zwierzyny- opowiadał jego ojciec. 
Mawgan odetchnął z ulgą. Przynajmniej obejdzie się bez ludzkich ofiar.
- Co o tym sądzisz? Juz tak dawno nie polowałeś z rodziną- kontynuował z błyskiem w oku.
- Tak, świetnie- starał się udać podniecenie pomysłem.- Ale chyba już się położę, jestem zmęczony podróżą- próbował unikąć tematu.
- Oczywiście, rozumiem- odparł z lekkim rozczarowaniem. Spodziewał się więcej ekscytacji po najstarszym synu, który w krótce miał zająć jego miejsce, jako przywódca rodu. 
Mężczyna odłożył szklaneczkę na szklaną ławę i skierował się w stronę schodów prowadzących do sypialni.
Leżąc w swoim dawnym łózku, zastanawiał się jak wybrnąć z tej sytuacji, żeby się nie ośmieszyć. Był do dupy w polowaniu i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Prędzej to jakieś zwierzę upoluje jego, niż on je, stwierdził z goryczą.
Wpatrując się w cienką wiązkę księżycowego światła, starał się usnąć na godzinkę czy dwie, ale był zbyt pochłonięty rozmyślaniem o dzisiejszych łowach,  więc zdecydował się odświeżyć i ruszyć na miasto.

piątek, 4 grudnia 2015

Rozdział 1


Witaj Nowy Orleanie, żegnaj resztko normalności! Część 1


   „Pojutrze wampirzy szczyt Mawgan”, „nie zawiedź nas Mawgan”...
   Młody mężczyzna jęknął w duchu na wspomnienie głosu rodziców. Ślub wampirzej królowej, wielkie mi halo...
   Jako syn głowy najstarszego wilkołaczego rodu musiał lecieć następnego dnia na zaślubiny najpotężniejszej wampirzycy, która okrzyknęła się królową setki lat temu i podzieliła cały świat na Strefy, które miały swoich przywódców, oczywiście jej podległych.
   Z zamyślenia wyrwał go głos jego chłopaka, Stephena
- Aż tak bardzo stresujesz się jutrzejszym rodzinnym spotkaniem? - potarł kciukiem jego górną wargę. Oczywiście nie znał prawdy o pochodzeniu swojego partnera.- Nie rób takiej kwaśnej miny  to tylko kilka dni. Nim zdążysz się obejrzeć, wylądujesz z powrotem ze mną w moim łózku!
Mawgan starał się odwzajemnić uśmiech, lecz wyszedł mu tylko krzywy grymas.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jacy wkurwiający oni są. Ciągle wymagają ode mnie, żebym robił rzeczy, których nienawidzę. Zaplanowali już mi całe życie, nawet sposób w jaki umrę!- jęknął.
- Przestań, na pewno nie są tacy źli! - odparł mężczyzna ze śmiechem.- A skoro o nich mowa... Jesteśmy razem połtora roku, kiedy w końcu ich poznam?
- Wiesz, że to nie jest takie proste...Nie ma takiej opcji, żebym powiedział im o mojej orientacji. Nie są tacy jak twoja rodzina...Musiałbyś udawać kogoś kim nie jesteś...
Przecież nie mógł mu powiedzieć, że przyznanie się do homoseksualizmu w jego rodzie kończy się wydziedziczeniem i publiczną egzekucją.
  Stephen skrzywił się i burknął coś pod nosem. Mawgan pochylił się nad nim.
- Chodż do łazienki, wynagrodzę ci to...- wyszeptał i delikatnie liznął językiem płatek jego ucha.
   Usłyszał jak mężczyna zasysa głosno powietrze, ściskając mu mocniej ramię. Zszedł z barowego stołka i poprowadził go w stronę toalet. Wściekle czerwony wystrój tylko podsycił ich podniecenie.
   Używając więcej siły wepchnął kochanka do jednej z kabin i naprał na niego całym ciałem, całując go namiętnie. Rozpoczął ustami wędrówkę przez jego twarz, aż do szyi, w między czasie wsuwając mu rękę pod koszulkę i pieszcząc sutki. Drugą dłonią ścisnął delikatnie jego kroczę i zaczął rozpinać mu rozporek. Mawgan miał wrażenie, że spuści się od samego patrzenia na penisa kochanaka. Boże, ależ on go podniecał!
   Uklęknął przed Stephenem, wyciągnął jego prężny członek z bielizny i przesunął językiem od samej jego nasady aż po czubek, jednocześnie pieszcząc jego jądra.
- Mmm...!- zajęczał mężczyzna.
   Nie przestając stymulować go językiem, zsunął mu spodnie wraz z bielizną, aż po kostki. Zassał penisa mocniej, czując długie palce wplatające mu się w jego rudokasztanowe włosy. Miał wrażenie, że jego własne podniecenie zaraz rozsadzi mu rozporek. Pospiesznie wstał z klęczek i obrócił kochanka tyłem. Rozpiął swoje spodnie, splunął na dłoń i potrał nią penisa.Chwilę późńiej ocierał się nim o pośladki Stephena.
- Nnnn...calusieńki mój - zamróczał mu do ucha i się w niego wsunął.- Taki ciasny... uwielbiam twój tyłeczek.
   Posuwał go coraz gwałtowniejszymi i mocniejszymi ruchami. Czuł, że lada chwila dojdzie.
- Maw... Ah... Mocniej!- wyjęczał Steph, sapiąc.
Orgazm osiągnęli niemal jednocześnie.
- Powinieneś się umyć, jesteś cały mną ubrudzony- powiedział rudowłosy, całkowicie z siebie zadowolony.
- Nnn...W domu...- odparł tamten i uśmiechnął się zaspokojony.




***


   Do uszu Mawgana dotrał jakiś bliżej nieokreślony piszczący dzięk. Otworzył oczy zdezorientowany. Budzik w jego telefonie dzwonił w najlepsze, a zegarek wskazywał piątą nad ranem.
- Kurwa, co za nieludzka godzina! - sapnął i rzucił komórką o ścianę. Nie był przyzwyczajony do tak wczesnego wstawania.
- Kolejny telefon? Poważnie Maw?
  Mężczyzna spojrzał w kierunku dzrwi skąd dochodził znajomy głos. Jego kochanek stał oparty o framugę, w samych bokserkach, z rękoma założonymi na piersi i patrzył na niego z uniesionymi jasnymi brwiami. 
- I co się tak gapisz jak ciele na malowane wrota? - podszedł do niego i klepnął go w tyłek. - Wstawaj! Śniadanie ci zrobiłem.
   Zamiast wtać z łóżka, wciągnął do niego Stephena i przyniótł go własnym ciałem.
- Uwielbiam twoje prawie białe włosy, nawet nie wiesz jak mnie to podnieca- wyszeptał mu do ucha.
- Obawiam się, że wiem- odpowiedział Steph z rozbawieniem w oczach i ścisnął sztywnego penisa Mawa. Mężczyna docisnął się mocniej do jego dłoni.
- A JA obawiam się, że będę musiał cię teraz zerżnąć- odparł i zaczął przywiązywać blade, szczupłe nadgarstki kochanka do ramy łóżka.
- O nie, tylko nie to! Jestem jeszcze dziewicą! - zaczął udawać, że stara się uwolnić.
- Nie uciekniesz mi!- ogłosił władczo rudowłosy i ściągnął bokserki z wąskich bioder blondyna.
   Wyciągnął z białej szafki nocnej, znajdującej się obok łózka, kokosowy lubrykant i wtarł go między pośladki Stepha, delikatnie wsuwając w niego dwa palce. Czuł jego erekcję nad swoim pępkiem. Pochylił się nad nim, całując go w obojczyk i zaciągając się jego zapachem. Zaczął powoli poruszać dłonią, po chwili wsuwając kolejny palec.
Mężczyzna domagając się głębszej penetracji, natarł na jego rękę biodrami.
-Nnn...!- zajęczał.
   Mawgan uwielbiał uczucie dominacji nad partnerem. Za każdym razem miał wrażenie, że zdobywał go na nowo.
Nie myśląc o tym, co wydarzy się dzisiejszego wieczoru, rzucił się w wir rozkoszy.




***


   Tuż po porannym seksie, siedział przy stole w kuchni, pijąc kawę i pogryzając tost z dżemem.
Stephen oparł się o wiśniowy blat po przeciwnej stronie pomieszczenia, obserwując swojego partnera ze zmarszczonymi brwiami.
   Mawgan czując jego przytłaczające spojrzenie, rzucał na niego co chwilę wzrokiem, czekając, aż coś powie.
- Oh, wyjaśnisz mi w końcu do cholery o co chodzi, czy będziesz tak stał i się gapił, dopóki nie pojadę na lotnisko?- spytał zniecierpliwiony.
- No cóż...- zamyślił się i powiedział płasko. - Masz zamiar z kimś sie tam pieprzyć? Wiem, że niby żyjemy w otwartym związku, ale kocham cię i wolałbym, żebyś tego nie robił.
Wilkołak poczuł jak mu tężeje twarz.
- Ja...- odchrząknął.- Wiesz dobrze, że nie mogę odpowiedzieć ci tym samym. Ale nie, nie mam zamiaru nikogo tam posuwać.
   Nienawidził momentów, kiedy Steph wywierał na nim presję tym swoim przenikliwym spojrzeniem.
   Nie był do końca pewien co do niego czuje, niby mu zależało, seks był dobry i tym podobne, ale miłością raczej by tego nie nazwał. Może bardziej przywiązaniem...
   Spojrzał na Rolexa spoczywającego na jego śniadym nadgarstku. Była już prawie siódma..Musiał się pospieszyć, jeśli nie chciał się spóźnić na samolot.